Dziś biorę pod lupę moją relację z mediami społecznościowymi. Otóż, zauważyłam pewną ciekawą zależność. Im bardziej jestem zmęczona, tym częściej sięgam po telefon w poszukiwaniu chwilowego „strzała” dopaminowego. Bardzo często odpalenie różnych aplikacji zostaje zwieńczone kilkudziesięciominutowym, bezrefleksyjnym scrollowaniem. Po wszystkim (jeżeli jakimś cudem uda mi się oderwać od ekranu) czuję się jeszcze bardziej wyczerpana. Dlaczego? A no dlatego, że w internecie łatwo jest się zatracić. Jestem 32-letnią (wydawać by się mogło – inteligentną osobą) jednak tournée po aplikacjach praktycznie zawsze kończę z rozbrzmiewającym w głowie: „matko, myślałam, że radzę sobie całkiem nieźle ale wychodzi na to, że faktycznie osiągnęłam niewiele w tym marnym życiu”. Nie dziwię się skoro zewsząd atakują mnie „Trzy sposoby na to, aby wreszcie zmienić swoje życie” „Pięć produktów, które sprawią, że staniesz się nie do poznania” „10 korków w kierunku wymarzonej rzeczywistości”.
Wszędzie, ABSOLUTNIE wszędzie jakiś influencer posiada czarodziejską różdżkę, która w cudowny sposób ma odmienić moje życie (oczywiście jeżeli postanowię wypróbować produkt, który aktualnie ów gwiazda reklamuje). Retusz, filtr, maska. (I serio, ja rozumiem, że ktoś w ten sposób zarabia oraz wykonuje swoją pracę. Naprawdę doceniam, ponieważ w tej chwili sama nie posiadam w sobie gotowości, aby wziąć telefon do ręki i zacząć nagrywać. Wielki szacun dla tych, którzy pomimo ciężkiej pracy jaką wkładają w montaż rolek, w nagrodę dostają po głowie od anonimowych hejterów). Jednak wciąż było coś, co nie dawało mi spokoju. No bo skąd oni biorą te wszystkie tajne kody, aby znać sposób, który po pierwsze pasuje dla każdego, po drugie sprawdza się zawsze, po trzecie – jest skuteczny na poziomie 100%. Nagle doznałam olśnienia! Zrozumiałam, że nie chodzi ludzi oraz treści jakie zamieszczają. Wszystko sprowadza się do NADMIARU bodźców, które funduję sobie na własne życzenie.
Martwią mnie młodzi ludzie, którzy pozbawieni wewnętrznego filtra, chłoną wszystko niczym gąbka wodę. Zastanawiam się, jak wielki smutek i presję muszą odczuwać osoby, które wciąż nie poznały magicznych sposobów, nie mają kasy na „fantastyczne” produkty, nie mogą pozwolić sobie na prowadzenie tak idealnego życia, jakie widzą po drugiej stronie ekranu.
Internet jest bardzo sprytnym i przebiegłym miejscem, w którym pokazujemy tylko te fragmenty, które wzmacniają nasz wizerunek. Nie chcemy czuć się gorsi, nie chcemy ujawniać swoich słabości, nie chcemy pokazać mniej „mniej atrakcyjnej” czyt. ludzkiej strony.
Zaglądając na swoje media społecznościowe widzę dokładnie ten sam schemat. Zdjęcie z wakacji, ze ślubu, fotka po wizycie u fryzjera, niektóre starsze fotki „lekko przypudrowane” dodatkowym filtrem. Większość moich relacji dotyczy podróży. Za każdym razem, gdy wyjeżdżam na wakacje muszę wszystko udokumentować w sieci. Co najmniej jakbym chciała wykrzyczeć całemu światu: „Słuchajcie teraz podróżuję ! Spójrzcie na te widoki!” „Hej jestem na koncercie/festiwalu/ gdziekolwiek indziej. Patrzcie na moje życie! Jest wspaniałe !”
Cały myk polega na tym, że fragmenty publikowane w sieci są jedynie marnym procentem mojego żyćka, a media społecznościowe skonstruowane są w taki sposób abyś Ty, Drogi Widzu, mocno wierzył, że ten niewielki ułamek, który obserwujesz, jest idealnym odzwierciedleniem całości. Patrzymy na relacje innych naiwnie wierząc, że wszystko wygląda w dokładnie taki sposób każdego dnia – randki, wyjazdy, wyjścia, full make-up, idealne związki, apartamenty, samochody. A my co? Wielkie gów..nowłaśnie..
Jeżeli przyjrzysz się zdjęciom sprzed 15 lat, zapewne odczujesz lekką nostalgię wymieszaną z odrobiną żenady i westchniesz „jak ja mogłam założyć takie coś na siebie?”. Trendy odzierają nas z autentyczności. Powodują, że próbując za wszelką cenę dopasować się do tego, co aktualnie jest na czasie, całkowicie zapominamy o tym kim jesteśmy i co lubimy. No ale z drugiej strony jak człowiek ma wiedzieć co lubi, skoro stale atakowany jest dobrymi radami od tych, którzy lepiej orientują się w naszych preferencjach? Studiując dietetykę ciągle słyszałam o negatywnych skutkach glutenu, laktozy, jajek, tłuszczów. Po chwili nadeszła fala słodzików, produktów bio, puddingów białkowych i innych. A za moment kolejne doniesienia o szkodliwości tego, co jeszcze nie dawno było wręcz zalecane. Jak żyć? Odpowiedź jest chyba jedyna i prawdziwa. W zgodzie ze sobą. Jeżeli czujesz, że Twoje ciało woła o ruch, to po prostu ruszaj. Spacer, bieganie, rozciąganie, podnoszenie ciężarów. Próbuj, sprawdzaj, wprowadzaj zmiany i OBSERWUJ co się z Tobą dzieje. Jak jeść? To zagadnienie również jest bardzo ciekawe. Jako dziecko miałam dostęp do podstawowych produktów. Nikt nie liczył kalorii, nie ważył każdego składnika, nie analizował. Babcia uprawiała ogródek, robiła przetwory, od czasu do czasu piekła domowe ciasto. Wszyscy jedli regularnie, intuicyjnie i to wystarczało. Ruch był naturalnym elementem naszego życia, a bliskie relacje bardziej uważne i skupione na byciu razem. Po kilkunastu latach poszukiwań doskonałej diety, idealnego zestawu ćwiczeń, najlepszego pudru, najmodniejszego płaszcza itd.,postanowiłam wrócić do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło. Dziś mam całkowitą pewność że..:
- ODCHODZENIE OD SIEBIE kosztem tego, co aktualnie na czasie jest po prostu niesprawiedliwe. Dlatego staram się wracać do swojego wnętrza i pytać „czy to jest dla mnie?”, „Czy naprawdę tego potrzebuję? Czy moje życie bez tej rzeczy może być równie wartościowe?”
- Coś co kilka lat temu było modne, dziś jest passe. Więc nie spinam się aktualnymi trendami, które za chwilę i tak przeminą. Zaczęłam nosić to, w czym się dobrze czuję i co naprawdę rezonuje ze mną (w modzie wyznaję zasadę „przede wszystkim cieplutko i wygodnie”). Jeżeli mam ochotę na odrobinę szaleństwa to wybieram kolor lub ciekawy wzór. Jeśli nie – szare dresy. Też robią robotę.
- Pokazywanie w sieci jedynie wybranych elementów z mojego życia karmi ego oraz usypia czujność. Z czasem powoduje, że popadam w coraz większe przygnębienie i smutek. Dlatego stopniowo daję sobie luz
- Próba ciągłego dostosowywania się oraz chęć bycia lubianym, kosztem własnej autentyczności jest drogą donikąd, ponieważ to właśnie autentyczność, indywidualność i niepowtarzalność są tym, co najbardziej cenię w innych ludziach.
- Wykorzystywanie mediów społecznościowych w formie inspiracji jest dla mnie dużo lepsze niż bezrefleksyjne przyjmowanie każdej informacji za pewnik
-Scrollowanie sprawia mi mnóstwo radości, ponieważ krótki filmiki, przekazujący minimum treści powoduje duży wyrzut dopaminy (hormonu odpowiedzialnego za uczucie przyjemności). Niestety nagły wyrzut hormonu wiąże się z równie intensywnym spadkiem, dlatego tak ciężko jest mi przestać i tak źle się później czuję.
Ostatnie i najsmutniejsze:
- Po kilku godzinach z telefonem w dłoni nie pamiętam NIC z tego co zobaczyłam. Absolutnie nic. Jestem zmęczona, przebodźcowana, smutna i niedowartościowana.
Dziś jedno wiem na pewno. Wszystkie moje (Twoje pewnie też) wspomnienia wiążą się z ludźmi, miejscami i wydarzeniami, które wzbudziły we mnie określone emocje. Niestety media społecznościowe nie dają mi prawdziwych wrażeń, tylko pozorne, kilkuminutowe skoki dopaminowe. To trochę tak, jak z tą czekoladą, na którą bardzo masz ochotę. Na początku smakuje naprawdę dobrze, zapewniając kopa energetycznego. Jednak z czasem cukier zalewający całe Twoje ciało zamula i wysysa z resztek energii.
Jeżeli odnajdujesz siebie w tym wpisie to pamiętaj, że nigdy nie jest za późno na wprowadzenie drobnych zmian. Powiem Ci co ja zrobiłam, a ty zrób z tym co chceszJ
- założyłam apkę, która monitoruje czas spędzony w necie
- zaobserwowałam jakie treści mi służą, a jakie kompletnie nie
- zastanowiłam się co innego mogłabym zrobić w czasie, w którym bez celu przeglądam różne strony
- stopniowo zaczęłam skracać czas spędzony w mediach społecznościowych i…. nie wyeliminowałam go do końca, jednak nauczyłam się nim mądrzej zarządzać .
Mama miała racje mówiąc „To wszystko wina tych pieprzonych telefonówJ”
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.